*SAM*
Rozdział 1:
Dożynki. Jeden z moich ulubionych dni w roku. Od dwunastego roku życia czekałem aby tylko mnie wybrali. Zgłaszałem się już trzy razy, ale zasady były takie, że nie brali ochotników. To nie tak, że chciałem śmierci. Ja po prostu wiedziałem, że wygram. Przygotowywałem się do tego od dziecka, trenowałem łucznictwo, a także ćwiczyłem zapasy. Najważniejsza była nagroda, potrzebowałem pieniędzy, bo miałem już dość biedy.
Kiedy zegar wybił dwunastą, poprawiłem mankiety koszuli i przejrzałem się w lustrze. Długie blond włosy były związane w kitkę, a buty były wypastowane, więc wszystko było w jak najlepszym porządku. Wyszedłem z domu. Nie zamykałem go, nie miałem tam nic cennego, a czułem, że dzisiaj mnie wezmą. W porównaniu do innych nastolatków, którzy smętnym krokiem szli na plac, ja wręcz skakałem z radości. Podszedłem do kobiety w białym mundurze, która pobierała krew i ustawiłem się obok innych. Wśród tłumu dojrzałem znajome twarze, ale nie miałem czasu się przywitać. Kiedy wszystkie imiona były już w kuli, Effie Trinket weszła na scenę. Była ubrana w różową sukienkę z cekinami,a na głowie miała zieloną perukę.
- Witajcie! Witajcie! Witajcie! Jestem pewna, że tak jak ja nie mogliście się doczekać dzisiejszego dnia. Nie przedłużajmy więc!- Podeszła do kuli i zaczęła mieszać losy po czym wyłoniła dwie kartki. Pierwszym reprezentantem był Michael. Niski chłopak od kowala. Nie miał żadnych szans, a kiedy usłyszał swoje imię to się poryczał. Uśmiechnąłem się kpiąco i czekałem z niecierpliwością, aż padnie drugie imię. Strażnicy musieli zaprowadzić chłopaka na scenę, ponieważ nie chciał się ruszyć z miejsca. Kiedy Michael stał obok Effie, kobieta odwinęła drugą kartkę.
- Sam Whickly – klasnąłem w dłonie i pewnym krokiem udałem się na scenę. Moje marzenie w końcu się spełniło. Miałem szansę zawalczyć o swoją przyszłość. Effie poprosiła o brawa, ale wszyscy spuścili głowy, po czym zostaliśmy zaprowadzeni do osobnych pokoi. Mieliśmy 10 minut na pożegnanie się z rodziną i przyjaciółmi. Do pokoju weszła moja siostra, miała długie brązowe włosy, które dzisiaj zaplotła w warkocz.
- Jak tam? W końcu dostałeś swoją szansę – uśmiechnęła się delikatnie i przytuliła mnie.
- Wygram to, a bieda w końcu się skończy. Możesz mi zaufać- pocałowałem ją w policzek i odwzajemniłem uścisk.
- Tylko uważaj na siebie. Pamiętaj, że sponsorzy są najważniejsi. Jeśli zobaczą, że masz wielkie szanse na wygraną to potem wyślą Ci wszystko co będziesz potrzebował. Postaraj się, aby ludzie Cię polubili.
- Nie ma sprawy siostrzyczko, ale nawet bez pomocy dam sobie radę- uspokoiłem ją i spojrzałem na strażnika, który wszedł, aby zabrać mnie do pociągu. Te 10 minut minęło jak smagnięcie biczem. Pocałowałem ją w czoło po raz ostatni i wyszedłem z pokoju. Dołączyłem do Michaela i razem z Effie udaliśmy się do pociągu. Kiedy tylko drzwi się zamknęły, pojazd ruszył. Nie mogłem się nadziwić luksusami jakie tu panowały. Żyrandole były zrobione ze srebra, na podłodze znajdowała się bardzo droga tkanina, po której bałem się iść, z obawy, że coś zniszczę. Przedział do którego weszliśmy był jadalnią. Byłem bardzo głodny, ale nie wiedziałem za co się zabrać. Wszystko wyglądało pysznie i smakowicie. Zasiadłem do stołu i chwyciłem sztućce, które wykonano ze złota. Spojrzałem na Effie, nie wiedziałem czy można było już jeść. Może na kogoś czekaliśmy?
- Jedz, jedz- uśmiechnęła się i sama nałożyła sobie troszkę groszku z miodem. Skinąłem głową i zacząłem brać wszystkiego po trochu. Po raz pierwszy posmakowałem nieba. Dania całkowicie różniły się od tych, które jadłem w dystrykcie.
- Są pyszne- westchnąłem z zadowoleniem, a Effie zaśmiała się po czym spojrzała na Michaela, który siedział z założonymi rękami i niczego nie tknął.
- Jeśli nie zaczniesz jeść to umrzesz z głodu – ostrzegła go.
- Przynajmniej nie będę musiał wchodzić na arenę- warknął, a kobieta wzruszyła ramionami.
- Strażnicy i tak Cię tam zawloką, twoja decyzja czy siłą czy nie- Kobieta wzruszyła ramionami, a do jadalni wszedł wysoki, muskularny mężczyzna.
- Nazywam się James. Jestem waszym mentorem, jeżeli będziecie mnie słuchali to może uda wam się przeżyć- Zasiadł obok Effie i wyjął papierosa. Przez cały posiłek podrzucał nam wskazówki jak znaleźć schronienie jeżeli uda nam się przetrwać pierwszy dzień. Większość z tego co mówił już znałem, ale dowiedziałem się też wielu nowych rzeczy. Po skończonym jedzeniu wstałem od stołu i poszedłem do swojego pokoju. Ponieważ byłem pierwszy mogłem sobie wybrać, które pomieszczenie mi bardziej pasuje. Zająłem drugi pokój, bo był większy. Rozłożyłem się na łóżku i włączyłem telewizor. Czas obejrzeć sobie przyszłych wrogów. Byłem bardzo ciekawy kto mi się trafił. Z dystryktu pierwszego wylosowano blondynkę i muskularnego chłopaka. Musieli być parą, bo kiedy Effie ogłosiła dziewczynę to chłopak powalił dwóch strażników i próbował ratować jej życie. Pech chciał, że kobieta wylosowała go drugiego.
- Tris i Tobias. Zakochani głupcy – prychnąłem pod nosem.
Gdy tylko Tobias wszedł na scenę, objął dziewczynę i wyszeptał jej coś do ucha. Po chwili pojawił się dystrykt drugi. Na scenie stał chłopak i dziewczyna o czarnych włosach. Czarodzieje. Odebrano im różdżki, nie mogliśmy używać żadnych mocy podczas igrzysk, aby walka była uczciwa. Póki co nie widziałem nikogo godnego mnie.
- Harry i Cho- Powtarzałem sobie ich imiona, aby zapamiętać. Nagranie z trzeciego dystryktu ukazało Percy’ego i Thalię. Chłopak miał czarne włosy i również był w związku, bo kiedy Effie go wyczytała to blondynka stojąca obok niego zawyła żałośnie. Do chłopaka na scenie dołączyła wysoka dziewczyna, która miała poważny wyraz twarzy. Ubrała była w czarną skórzaną kurtkę, a na rękach miała różne bransoletki z ćwiekami. Wyglądała groźnie, ale nie przestraszyła mnie. Po nich pojawił się film z kolejnego dystryktu. Wylosowani zostali Newt i Theresa. Lud próbował się burzyć, bo nastolatkowie zaczęli rzucać czymś w strażników, ale zostali szybko ukarani. Reprezentantów zabrano od razu do pociągu i nikt nie mógł się z nimi pożegnać. Śmiać mi się chciało, oni wszyscy wyglądali tak żałośnie, szczególnie dziewczynki z następnego dystryktu. Obok Effie pojawiły się dzieci. Inaczej nie umiem ich nazwać. Jedna nazywała się Rue i miała burzę czarnych włosów, a druga zwała się Prim i co chwilę ocierała łzy. Zachichotałem. Nie będę ich zabijał, pozwolę aby same umarły z głodu. Nie chciało mi się oglądać wszystkich nagrać, więc ruszyłem do łazienki. Za 20 minut podadzą pełną listę, więc nie będę musiał oglądać tych komedii. Wziąłem szybki prysznic i ubrałem się w czarny podkoszulek i czarne spodnie, które mi naszykowano. Ubrania były wykonane z jakiejś nieznanej mi tkaniny, ale były miękkie w dotyku i pachniały bzem. Wróciłem do pokoju, obejrzałem listę ucząc się imion na pamięć.
- Jace i Isabelle. Carter i Sadie, Edmund i Zuzanna, Bella i Seth, Jack i Liz, no i my. Tylko dwadzieścia jeden osób do zabicia. Bułka z masłem – uśmiechnąłem się do siebie i zamknąłem oczy. Jeszcze tylko 3 dni.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz